Obrońcy tych argumentów czerpali pełną garścią z twierdzeń Czysto Ziemskich, by wytłumaczyć brak reliktów lunariańskich na Ziemi. W dodatku dostarczyli na ich poparcie nowych danych zaczerpniętych z zaskakującej dziedziny: badania skamieniałych koralowców Pacyfiku. Od dawna wiadomo, że analiza dziennych pierścieni wzrostowych na starożytnych skamieniałych koralach pozwala zmierzyć, ile w różnych okresach przeszłości mieściło się dni w roku, z tego zaś wyliczyć, jak szybko siły tarć pływowych hamowały obrót Ziemi wokół osi. Te badania ukazały, na przykład, że trzysta pięćdziesiąt milionów lat temu rok miał około czterystu dni. Przed dziesięciu zaś laty prace przeprowadzone przez Instytut Oceanografii imienia Darwina w Australii, przy użyciu subtelniejszych i dokładniejszych technik, ujawniły, iż ciągłość zmian od starożytności do czasów współczesnych nie przebiegała gładko. W niedalekiej przeszłości - około pięćdziesięciu tysięcy lat temu - nastąpił okres zakłóceń, podczas którego krzywa zmian wykazywała nieciągłość i nastąpiło względnie nagłe wydłużenie się dnia. Co więcej, stopień zmniejszenia prędkości obrotu Ziemi po tej nieciągłości był wyraźnie większy niż przedtem. Nikt nie wiedział, czemu coś takiego mogło się zdarzyć, ale wszystko wskazywało, że nastąpił wówczas okres gwałtownych katastrof klimatycznych, a korale potrzebowały całych pokoleń, by wreszcie odzyskać stabilny model przyrostu. Te dane zdawały się wskazywać, że około tego tajemniczego momentu na Ziemi nastąpiły rozległe zmiany, prawdopodobnie z towarzyszeniem potopu globalnego, a biorąc wszystko to pod uwagę, mogło się za tym kryć wystarczająco dużo, by wyjaśnić całkowite zniknięcie wszelkich śladów istnienia Lunarian. .
Zapewne upłynęła już następna godzina, bo Sopön Khenpo pokazał się w drzwiach po raz drugi, prosząc tym razem bardziej stanowczo, aby Dalajlama zechciał pamiętać o czekającym posiłku. Równocześnie próbował mnie wcisnąć tacę z ciastem, białą bułeczką i owczym serem. Gdy się wzbraniałem, wyjął białą serwetkę i owinąwszy jedzenie, poprosił abym je wziął ze sobą do domu. Jednak Dalajlama nie chciał przerwać naszej rozmowy i przymilnym głosem prosił swego opiekuna o jeszcze trochę cierpliwości. Patrząc z miłością na swego podopiecznego, opat zgodził się i zostawił nas samych. Odniosłem wrażenie, że obdarza on chłopca prawdziwą ojcowską miłością i bardzo się o niego troszczy. Ten siwowłosy opat pełnił już tę samą funkcję u Dalajlamy XIII i zachował ją po jego śmierci. Świadczyło to o jego odpowiedzialności i wierności, ponieważ urzędnicy rzadko pozostają na swych stanowiskach, gdy zmieniają się ich panowie.. - I dlatego właśnie trzeba ich powstrzymać - stwierdził ojciec. - Jeśli tego dokonacie, ty i twoi przyjaciele, wdzięczni będziemy wam nie tylko my, ale wszystkie istoty cywilizowane.. Jeśli ktoś jest mądrzejszy od ciebie, musisz się z tym pogodzić i kropka. Owszem, możesz mu się sprzeciwić, odebrać dowództwo i zginąć śmiercią bohatera, ale po co, skoro S’van potrafi zwykle wyjść cało z najgorszej bryndzy? Wojna to nie sport. Kaldaq chętnie wykonywał rozkazy puszystego i dobrodusznego S’vana. I nie tylko on.. Odepchnął gwałtownie Morgana i zataczając się przeszedł przez podwórko w kierunku domu.. - Rzeczywiście kolos... dokładnie taki, jak się spodziewaliśmy. W porównaniu z tym, co znaliśmy, opuszczając Minerwę, konstrukcja jest zdecydowanie unowocześniona. Co ty na to, ZORAK?. - Nie ma sposobu!. — Teraz wygląda na to, że przywrócono ich do życia stwierdziłem. — Władają północnym imperium. TamTam i Jednooki musieli coś podejrzewać... Wstąpiliśmy na ich służbę.. Czynił coś swymi rękami.. Uporządkowałem myśli. Potrzebowałem jakiegoś schronienia, i to szybko. Wydawało mi się dość prawdopodobne, że kobieta i kot będą nieustannie szukać księcia. Może już go znaleźli. Popołudnie już zaczynało przechodzić w wieczór. Sumienny mówił, że jeśli go nie odzyskają, Srokaci zabiją Błazna i Ślepuna o zachodzie słońca. Powinienem umieścić go w jakimś bezpiecznym miejscu, zanim znajdzie nas kobieta, potem dowiedzieć się, gdzie są przetrzymywani moi przyjaciele i uwolnić ich. Przed zachodem słońca. Gorączkowo rozważałem możliwości. Najbliższą znaną mi gospodą była ta pod Srokatym Księciem. Wątpiłem, aby Sumiennego czekało tam miłe powitanie. Jednak od Koziej Twierdzy dzieliła mnie spora odległość i rzeka. Niczego nie wymyśliłem. Nie mogłem zostawić Sumiennego samego w tym stanie, a kolejne przejście przez kolumnę pozbawiłoby go zmysłów, nawet gdyby udało nam się wyjść z tego cało. Ponownie rozejrzałem się po niegościnnej okolicy. Niechętnie pogodziłem się z myślą, że choć mam różne możliwości, to żadna z nich nie jest dobra. Nagle postanowiłem ruszyć dalej i spróbować wymyślić coś po drodze.. .